Moje wybrane teksty

© copyright by Rafał Chwiszczuk

Fragment opowiadania „Dziennikarka” z prozy „Gumowe miasto”
wydanej w roku 2006 przez wydawnictwo Veda
(…)
Uważała tylko, żeby nie myśleć o tym, co się stało, bo wiedziała że tego nie przeżyje. Animuszu dodawał alkohol, bo stępiał, zapominał i chichotał. Otworzyć z buta drzwi i wpaść z krzykiem do sklepu z wódą w samym centrum miasta, wymachując przy tym strzelbą to był rytuał. Nie potrafiła już wejść do takiego sklepu normalnie. „Normalnie” to znaczy przypomnieć sobie, jak to było kiedyś. A to już gorzej. Jedynym wtedy ratunkiem było wypicie „z gwinta” pół butelki jakiejś drogiej wódy i pęd przez miasto porysowanym, pomalowanym i poobijanym jaguarem. Na początku ubierała się w najlepsze ciuchy z najdroższych w Warszawie sklepów. Ale krótko. Z czasem eleganckie kreacje zostały zastąpione przez bojówki, skórę i buty wojskowe. Jaguara, tak przez pierwsze dwa dni wypieszczonego, najpierw pomalowała sprayem, a później poobijała. Najpierw niechcący, a później już specjalnie. W ogóle crash testy stały się jej jednym z ulubionych zajęć! Zaniechała ich dopiero wtedy, kiedy w jednym z testowanych aut otworzyła się poduszka, a jej udało się cudem wyjść bez połamanych kości.
Zastanawiała się co będzie jeść później, jak wszystkiemu minie termin przydatności do spożycia albo się zepsuje, czy może się skończy. Chociaż skończyć to chyba nie, bo nie przejadłaby tego nawet armia wojska! Ale o takich rzeczach myślała tylko przez chwilę, wtedy kiedy budził ją kac. A budził się w przedziwnych miejscach. W kinie, na dachu biurowca, na płycie lotniska, w wagoniku metra. Budziła się naga, obwieszona biżuterią, wysmarowana kałem, z wygoloną głową. Wstawała i piła. Powoli. Spokojnie wyczekiwała pierwszych torsji, które chyba bardziej były krzykiem duszy niż ciała. Albo się bała i przemykała pod domami skulona gdzieś tam na Mokotowie, gdzie mieszkała kiedyś, na samym początku jak tu przyjechała. Upadała wreszcie w trawie, wstrząsana histerią i usypiała. Albo szła chwiejnym, podpitym krokiem i strzelała raz po raz w okna domów, krzycząc jakieś bzdury na całe gardło.
Miasto ją przerażało, ale bała się je opuścić. Co by robiła w lesie albo na polu. Za dnia jadła jagody a wieczorem paliła ogniska z kartoflami? Dla  niej bez sensu. Przyzwyczajona była do tych murów latem spękanych w słońcu, a zimą przysypanych śniegiem lub zalanych błotem. Dawno już przeminęła euforia, kiedy odkryła prawdę. Teraz był już tylko strach. Strach we śnie i na śniadanie. Strach w żołądku i w nogach. Strach paraliżujący i strach otępiający. Strach konstruktywny i Strach przewodnik. Strach w oknach domów i za rogiem. Strach, strach i strach. Gdyby mogła wariować co sekundę, albo chociażby co godzinę, to by wariowała. A tak zwariowała tylko raz i przez nieuwagę – nie do końca. I to było jej przekleństwo. Gdyby zwariowała raz a dobrze byłaby szczęśliwym człowiekiem. A tak była nieszczęśnikiem, który myśląc wyrywał sobie resztki siwych włosów.

Otworzyłam oczy. Za oknem wisiało niebieskie, bezchmurne i bezwietrzne niebo. To chyba tak, będzie wyglądał koniec świata – pomyślałam – Najpierw będzie przepiękna pogoda, a później nagle, w ciągu kilku sekund słońce zajdzie, zerwie się straszliwa wichura, zrobi się ciemno i wszystko pierdolnie. Ale nic takiego się nie stało. Niebieskie i spokojne niebo wisiało i nie chciało spaść. Zła, że jest tak pięknie, leżałam dalej nieruchomo. Czekałam jeszcze chwilę w nadziei, że cały budynek zawali się jak WTC w Nowym Jorku, albo że przez okno wejdzie wielka, owłosiona i brudna łapa King Konga, która mnie porwie. Nic. Cisza.
Sen, który powraca jak koszmar. Sama w wielkim mieście, w którym nagle wszyscy wyginęli i tylko ja, wiecznie pijana, wiecznie przerażona. Ciągle przed czymś uciekam, ciągle coś gonię. Chciałam być sama i jestem. Nawet we śnie. Okropność! – dodałam w myślach. (…)

_____________________________________________________________________

Opowiadanie o przygodach detektywa Romana

Miesięcznik „Lampa” nr 2 (35), luty 2007

lampa1